Podczas gdy pierwsze demo zespołu nosiło tytuł "Dream of DarkHour" to drugi pełnometrażowy album Nightly Gale powinien nosić podtytuł "Nightmare of dark hour". Atmosfera majaków, sennych wędrówek w "zwolnionym tempie" po opustoszyłych zakamarkach ducha wymaga skupienia, gdyż muzyka jest bardzo wielowątkowa. Nie na darmo wypowiedzi muzyków o fascynacji muzyką progresywną.
Płyta zaczyna się spokojnym intrem, rytm i melodia są jednak jakby "pourywane", przybliżają się i oddalają, jak to w snach bywa...

Już pierwszy dźwięk gitary nie pozostawia wątpliwości, że nadal mamy do czynienia z muzyką oscylującą wokół doom metalu. Rozgniata wprost ciężarem, uczucie braku oddechu nie opuszcza prawie na moment, wszystko jest tu przytłaczające, pełne niepokoju i strachu.

Uczucie wzmaga się, gdy pierwszy raz słychać głos, ten pierwszy moment to nieziemski, rozwlekły, zawodzący zaśpiew, nawet nie jestem pewien, czy to męski czy kobiecy wokal.
Śpiew Sławka słychać niedługo potem, jednak przy pierwszych przesłuchaniach nie rozpoznałem go, taka ewolucja i zróżnicowanie zasługuje na podziw. Nadal charakterystyczny jest, nazwijmy to, lakoniczny, jakby od niechcenia, jednak o przyjemnej dla mego ucha barwie śpiew, nowością są fragmenty mi osobiście przypominające zaśpiewy wokalistów jazzowych, gdy słychać zadziorność, "brud", graniczy to z pokrzykiwaniem.

Stałym elementem jest już wokal Waldemara Sagana, który słychać w różnych intensywnościach, raz niski, prawie deathowy growling, by przejść w przeszywający lecz wyraźny wrzask.

Elementy elektroniczne zostały przesunięte bardziej w tło, elektroniczna perkusja nie obfituje w efektowne przejścia, jedynie w jednym momencie mamy jakby salwę karabinową, która kontrastuje z prawie absolutną ciszą zaraz potem, wypełnioną jedynie tybetańskimi samplami. Ogólnie tempo zostało, o ile można to sobie w tego typu muzyce wyobrazić, znacznie zredukowane, sprawdziły się zapowiedzi Sławka ("wolniej i ciężej niż na Jezusicku").

W dotychczas mi dostępnej wersji nie ma jeszcze partii saksofonu i fortepianu, po brzmieniu elektronicznej namiastki z poprzedniej płyty, można tylko być ciekawym jaki efekt da wykorzystanie naturalnych instrumentów.

Powrót do recenzji